Gorzka lekcja przesyłu ze starć z żywiołem

Gorzka lekcja przesyłu ze starć z żywiołem

W przesyle i dystrybucji energii elektrycznej istnieje reguła, że sieci podziemne zakłada się wyłącznie na mocno zurbanizowanych obszarach miejskich bądź przemysłowych, a wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe – należy rozpinać kable napowietrzne. I to jest aksjomat.
Tylko że życie za aksjomatami nie przepada. Oblicza się, że przeciętnie linia podziemna jest – co najmniej – trzykrotnie droższa w budowie i potem w utrzymywaniu i naprawach. Wydaje się to takie proste: wiatr zerwie przewód, przyjedzie pogotowie techniczne z podnośnikiem i szybko się wszystko zreperuje. A kabel podziemny wymaga żmudnego i pracochłonnego wykopu, a potem niewiele prostszego zasypywania. Przytaczamy argumenty, z jakimi spotkaliśmy się w m. in. Tauronie i w STOENie.
Sierpniowa tragedia, która dotknęła znaczne obszary Polski północno-zachodniej, mocno walnęła także w opisywany powyżej aksjomat. Nie od rzeczy będzie przypomnieć o corocznych, wiosennych z reguły, problemach Tauronu Dystrybucja, którego sieci systematycznie są niszczone nie tylko przez wichry, lecz głównie przez zamarzający na przewodach deszcz ze śniegiem, co w efekcie daje obciążenia nie przewidziane w żadnych normach branżowych.
Usuwanie takich zniszczeń w warunkach skrajnie nieprzyjaznych jest nie tylko trudne, kosztowne i pracochłonne. Nade wszystko to trwa nie minuty, nie godziny, ale całe dni. Ekipy naprawcze pracują w warunkach skrajnych, a odbiorcy energii na terenie dotkniętym przez kataklizm cierpią tygodniami bez prądu.
„Nawałnice, które zerwały linie energetyczne i pozbawiły dostępu do prądu ponad 100 tys. gospodarstw domowych na Pomorzu i Kujawach, największe straty wywołały wśród rolników. Nowoczesne gospodarstwa są uzależnione od prądu – elektryczne dojarki i chłodnie do mleka, mieszalniki pasz, często nawet dostawa wody – wszystko to potrzebuje energii, a rolnicy utrzymywali nawet, że krowy czy świnie odzwyczaiły się od picia wody z podawanych im awaryjnie wiader i nie umieją sobie z tym poradzić ( nie ręczymy za prawdziwość tej ostatniej opowieści). Rychło okazało się, że z okolicznych sklepów i hurtowni zniknęły agregaty prądotwórcze.” – napisał portal wysokienapiecie.pl.
Gdyby zatem wykonać rachunek ciągniony to mogłoby się okazać, że umieszczenie przewodów wysokiego czy średniego napięcia, drogie i złożone technicznie, ma sens finansowy, bo pozwala uniknąć strat w dłuższym horyzoncie czasowym. Tu warto wspomnieć o jeszcze jednym wymogu: o kanale zbiorczym, w którym biegłyby nie tylko przewód elektryczny, ale też n. p. gaz, światłowodowy kabel telekomunikacyjny. To pozwoliłoby rozłożyć koszt na kilku operatorów.
W ramach tzw. urynkowienie energii zniknęło pojęcie „użyteczności publicznej”, które kiedyś obejmowało m .in. dostęp do energii elektrycznej. Dzisiaj bez tego nic nie będzie funkcjonować, jak widać – z krową włącznie. Wszystko powinno „opłacać się”. Prąd też.
Okazało się jednak, że żywioł (byłaż-by to zemsta klimatu za globalne ocieplenie?!) drastycznie koryguje rachunek ekonomiczny, ten w ujęciu społecznym szczególnie. Per saldo byłoby taniej, gdyby przewody pod napięciem na Kujawach, Pomorzu i w Wielkopolsce zostały schowane pod ziemię. A zima uczy, że w Małopolsce również.


Podziel się

Skomentuj