J. Pacyna: Polska truje i jest zatruwana

J. Pacyna: Polska truje i jest zatruwana

– Nie jest tak, że środowisko to jest woda, gleba i powietrze, a człowiek jest obok. My jesteśmy częścią tego systemu. (…) Mówię o nim, bo chcę podkreślić, że jesteśmy jego częścią. Powinniśmy budować dobrobyt, ale nie możemy tego robić kosztem środowiska, bo podcinamy gałąź, na której siedzimy – mówi prof. Józef Pacyna, dyrektor ds. badań Norweskiego Instytutu Badań Atmosfery (NILU), w którym szefuje także Departamentowi Efektów Środowiskowych i Ekonomii. Wykładał m. in. na Yale oraz University of Michigan. Wykładowca krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej.
Z Profesorem rozmawiał onet.pl
– Porozmawiajmy o zmianach klimatu. Jest źle?
– Zmiany są i postępują. Są uciążliwe dla naszego życia, dla środowiska, dla zdrowia.
– Uciążliwe?
– Niewątpliwie. Jednak odległe. W Polsce łatwo powiedzieć i mówi się, że łagodniejsza zima nie jest uciążliwa. Jednak dotykają nas i w sposób bezpośredni i pośredni. Łatwiej zacząć od tego drugiego. Proszę zwrócić uwagę, że zmiany klimatyczne powodują szereg zmian w środowisku. Jedną z nich jest to, że inaczej zachowują się cykle biochemiczne zanieczyszczeń. Dobrym przykładem jest rtęć.
– Rtęć? Co rtęć ma wspólnego ze zmianą klimatu?
– Jest na przykład emitowana z tych samych źródeł co gazy cieplarniane – głównie w czasie spalania węgla. A że sprawa nie jest nowa, to do zanieczyszczenia dochodziło przez wiele dziesiątków lat. Rtęć zbierała się w oceanach. Jest w glebach. W przeróżnych osadach. Kiedy ona znajduje się w ziemi w formie nieorganicznej – nie ma problemu. Problem pojawia się jednak, kiedy trafia do atmosfery i dalej do wód, gdzie ulega procesowi metylacji. Ocieplenie klimatu powoduje, że zaczyna jej odparowywać więcej. Gdy te wtórne emisje dołączają do pierwotnych – m. in. z przemysłu, to okazuje się nagle, że sytuacja jest zła. Tym bardziej, że rtęć jest zanieczyszczeniem bardzo toksycznym. Wiemy dobrze, że zatruty nią człowiek może umrzeć.
– Tak jak w zatoce Minamata?
– W latach 50. ubiegłego wieku zauważono, że rybacy pracujący w leżącej w Japonii zatoce Minamata, zaczęli się dziwnie zachowywać, a później umierać. Okazało się, że pobliska fabryka chemiczna wypuszczała do wody rtęć. Ta zatruwała ryby, które później trafiały na talerze rybaków, ich rodzin. Kończyło się tragicznie. Było bardzo dużo zgonów. Wpływ rtęci potwierdziły liczne badania. Zatoka stała się na tyle znana, że dała nazwę powstałej w 2013 roku konwencji ONZ, tzw. Konwencji Minamata, która dotyczy konieczności ograniczenia zanieczyszczenia rtęcią.
Moja grupa badawcza była odpowiedzialna za przygotowanie dla niej naukowego uzasadnienia.
– Jednak czy ta zatoka nie była przypadkiem szczególnym?
– Takich szczególnych przypadków znaleziono więcej. A dzisiaj mamy już z rtęcią problem globalny. Ona jest emitowana przy spalaniu węgla, a część z jej trafiających do powietrza form, ma dwuletni okres rozpadu. To czas wystarczający, by kilkukrotnie obiec kulę ziemską. Przez to sprawa nie jest jedynie lokalnym problemem dla tych, którzy emitują zanieczyszczenie. Zatrutych lokalizacji jest na świecie cała masa. Nie zawsze jest aż tak źle, ale jest źle. Duże stężenia rtęci mierzymy nawet u ludzi mieszkających na Arktyce, gdzie nie ma źródeł emisji. Ona tam dociera z masami powietrza.
Na przykład znad Rosji. Problem jest globalny i wymaga globalnego podejścia.
– Czy zanieczyszczenie rtęcią jest tak wysokie, że może nam szkodzić?
– W niektórych przypadkach tak. Zwłaszcza, kiedy ludzie żyją w rejonach wysokiej emisji, na przykład przemysłowej, we krwi pojawiają się stężenia niebezpieczne dla zdrowia. Rtęć jest poważnym zagrożeniem, kiedy chodzi o kobiety w ciąży. Ponieważ w organizmie migruje z krwią, to negatywnie wpływa na płód. Potrafi na przykład obniżać przyszły iloraz inteligencji dziecka.
– To co możemy zrobić? I dlaczego – to pytanie, które pojawia się wyjątkowo często – to my mamy coś robić i ponosić koszty, skoro inni będą nadal truć i zarabiać na tym pieniądze?
– Problem zanieczyszczenia środowiska jest częściej w głowie niż w technologii. Ja to z zainteresowaniem obserwuję w Norwegii, gdzie możliwość życia w czystym środowisku jest sprawą traktowaną na równi z ekonomicznym dobrobytem. Jest to dla Norwegów sprawa priorytetowa i są oni gotowi sporo zapłacić, by tylko mieć zdrowe otoczenie – pić czystą wodę, oddychać czystym powietrzem. Żeby to osiągnąć, są gotowi finansować przedsięwzięcia poza granicami własnego kraju. Prowadzą wiele programów pomocowych, programów współpracy międzynarodowej, bo mają świadomość, że w tym wypadku nie ma granic – zanieczyszczenia przemieszczają się ponad nimi. Programy są często finansowane pieniędzmi z ropy naftowej, a ich celem jest ograniczenie ilości zanieczyszczeń emitowanych do środowiska nie tylko w kraju, ale także poza nim. Nawet w Chinach lub Indiach, bo i stamtąd zanieczyszczenia trafiają do Europy.
Norwegowie uważają, że nawet jeżeli to nie oni są źródłem problemu, to i tak jest to problem.
Niewiele jest spraw, które tak wyraźnie pokazują, że jesteśmy globalną wioską i to, co dzieje się w jednej części naszej planety, może mieć wpływ na to, co dzieje się zupełnie gdzie indziej.
Kiedy Amerykanie sprawdzają, skąd biorą się zanieczyszczenia obecne w powietrzu nad zachodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych, to okazuje się, że bardzo duża ich część pochodzi z Chin. Jednak wiedza o tym, w tym i o tym jak działa globalne ocieplenie, które postępuje, nie jest duża. W 2006 roku pracowałem na uniwersytecie Yale i tam prowadziliśmy program społecznej odpowiedzialności biznesu. Nasze zadanie było takie, by ściągnąć menadżerów większych firm i uczyć ich o zmianach klimatu, zmianach w środowisku, które powodują m. in. ich przedsiębiorstwa.
Są to w końcu tacy sami ludzie jak my i też chcą żyć w zdrowym środowisku. Okazało się jednak, że wiedzieli o tym wszystkim bardzo mało. Nie mieli pojęcia, jak istotne jest to, by w zarządzaniu, także zarządzaniu wpływem na środowisko, stosować zasadę, że człowiek jest częścią ekosystemu.
– To znaczy?
– Nie jest tak, że środowisko to jest woda, gleba i powietrze, a człowiek jest obok. My jesteśmy częścią tego systemu. I jednocześnie jesteśmy aktorem, który go zmienia. Są systemy zarządzania, które to uwzględniają. Biorą pod uwagą rolę naszą, tego co wysyłamy do środowiska i jak go zmieniamy. A także to, jak te zmiany wpływają na ich sprawców, czyli nas. Ważne jest w tym wszystkim i to w jaki sposób my, nasi reprezentanci reagują na zmiany. Kontrolują je, ograniczają.
– Przed oczami staje koło, gdzie wszystko, co robimy – wraca do nas.
– To jest koło. Mówię o nim, bo chcę podkreślić, że jesteśmy jego częścią. Powinniśmy budować dobrobyt, ale nie możemy tego robić kosztem środowiska, bo podcinamy gałąź, na której siedzimy.
– Co, wracając, uderzy w nas najmocniej?
– Spraw, które do nas wrócą jest wiele. Dziś odczuwamy wpływ zanieczyszczeń na zdrowie. Na pewno wrócą do nas gazy cieplarniane i zmiana klimatu. Temperatury będą rosnąć, a wraz z nimi coraz mocniej będziemy odczuwać wpływ tego procesu na nasz świat. Tym bardziej, że o problemie rozmawiamy od lat, ale gdy chodzi o rozwiązania – panuje stagnacja. Protokół z Kioto podpisano w latach 80. XX wieku i już wtedy powinniśmy zacząć obniżać emisje. Tymczasem te cały czas rosną. Wraz z nimi rosną też stężenia CO2 w atmosferze. W tej chwili panuje pogląd, że kiedy dojdziemy do poziomu 450 ppm (cząstek na milion) dwutlenku węgla w atmosferze, to średnia temperatura wzrośnie o dwa stopnie. To poziom nie do zniesienia dla wielu organizmów żywych.
– Jesteśmy blisko progu?
– Notuje się stężenia na poziomie 400 ppm. Naturalny poziom to 280 ppm. Wpływ zmian klimatycznych będziemy odczuwać nieustannie. Kraje suche będą się stawać jeszcze bardziej suche. Te mokre staną się jeszcze bardziej mokre. Będą sytuacje, gdy pod wodą znajdą się żuławy, tereny przybrzeżne. To, że skończy pod nią połowa Holandii, jest całkiem prawdopodobne. Wiele krajów w Azji może dotknąć ten sam los. I wcale nie musi być tak, że będzie to od nas odległe w czasie.
Jak dołoży się do tego pośredni wpływ ocieplenia, a także inne zanieczyszczenia – takie jak na przykład rtęć, o której mówiliśmy wcześniej, to nasza przyszłość nie wygląda zbyt optymistycznie. Lepiej widać to jednak w skali lokalnej. Rozmawiamy w Krakowie. Tutaj waga troski o środowisko zaczęła docierać do ludzi za sprawą smogu. Ale nawet na tym poziomie zmiana jest trudna.
– Jak ją wdrażać?
– Konieczny początek to zmiana mentalności ludzi. Kwestia tego, co wkładamy do pieców, wymiany pieców, tego jak korzystamy z samochodów. Tutaj nawet nie chodzi o to, że jesteśmy biedni. Po sąsiedzku ktoś wystawił nowy dom. Przychodzi godzina piąta, facet wraca z pracy i chwilę po tym z komina zaczyna się wydobywać czarny dym. On przede wszystkim musi dowiedzieć się, że jak wkłada do pieca plastik, to to jest coś złego. A żeby się dowiedział, to musi ponieść konsekwencje. Tymczasem pokutuje u nas, zwłaszcza w starszym pokoleniu, przekonanie, że nie powinno się dzwonić np. na straż miejską i informować o takich sprawach, bo to jest donoszenie. To nie jest żadne donoszenie. Jeżeli szkodzisz to musisz przestać szkodzić. Musimy się w to włączać w skali lokalnej. Jednak podobnie jest w skali globalnej. Także musimy się włączać w zmianę, budować ją.
– Na każdym poziomie może być taki sąsiad.
– Może nim być region. Może być kraj.
– A my jakim sąsiadem jesteśmy. Dobrym, czy tym z którego komina leci czarny dym?
– My mamy bardzo dużo wiedzy w kraju o zanieczyszczeniach i o tym, jak one działają na ludzkie zdrowie. Jak chodzi o lekarzy, jesteśmy w światowej czołówce. Mamy dużą wiedzę inżynieryjną. Jednak jest jakiś bezwład. Czy to wynika z braku pieniędzy? Raczej nie, bo środków – także unijnych – na badania, działania, wprowadzanie w życie nowinek technicznych, jest tutaj dużo.
Panuje u nas jednak jakiś opór przed zmianą. Przed wdrażaniem w życie wiedzy.
– Polska jest sąsiadem, który truje, by oszczędzić?
– Niestety tak. Należymy do europejskiej czołówki krajów, które zanieczyszczają środowisko. Wiadomo, że mamy węgiel i będziemy na nim stali. Tutaj musimy więc coś poprawić – choćby skuteczność spalania w elektrowniach. Jest kwestia metali ciężkich, także rtęci. Emitujemy bardzo dużo pyłów. To jest nasz wielki problem. Tym groźniejszy, że pyły mają też na sobie wiele zanieczyszczeń – na przykład metali ciężkich. W nich jest cała tablica Mendelejewa. Do organizmu trafiają wraz z powietrzem. Ale przecież opadają też na glebę i przez nią do roślin.
– A z roślinami trafiają do naszej diety.
– Rzeczywiście widziałem raporty inspektoratów ochrony środowiska, w których wskazywano miejsca, gdzie nie powinno się prowadzić produkcji rolnej z przeznaczeniem dla dzieci.
Mamy dużo do zrobienia. Trzeba przekonać społeczeństwo, że warto to robić. Wraca pytanie, które zadał mi pan wcześniej. Dlaczego to my mamy się tym zajmować? Po co my się w to bawimy? Przecież Unia odpowiada jedynie za 15 proc. światowych emisji CO2. Niech to robią ci, którzy emitują 85 proc. Rzecz jednak w tym, że efekty nie dotyczą tylko ich. To dotyczy nas wszystkich.
My jesteśmy najbardziej zaawansowani technologicznie. Musimy dawać przykład. Zadbać o mechanizmy finansowe, które pozwolą nasze urządzenia zastosować na przykład w Chinach. Tam, gdzie mamy możliwość, musimy zredukować emisje. Inaczej zaniedbania do nas wrócą.
To jest globalna wioska. Musimy zająć się sobą w perspektywie globalnej.


Podziel się

Skomentuj