Najważniejsze

Piątek 18 maja

„Parkiet”: Akcjonariusze windykatorów mają powody do optymizmu

PGE Elektrownia Opole: Alstom nie odpuszcza!

DGP: 3 odwierty, gazu mnóstwo!

Odwrócony CO2 – żart czy odkrycie?

Ustawa o odnawialnych źródłach energii przyciągnie inwestorów

Możejki nie opłacają się i sprzedać ich niesposób

JSW: Zmiana prezesa?

Energetykon, 12 sierpnia 2011

Zawsze decyduje cena

Z prof. Stanisławem Speczikiem z Instytutu Geologicznego Państwowego Instytutu Badawczego rozmawia Jacek Świdziński

 

Bodaj sześć lat temu przeprowadzałem z Panem Profesorem pierwszy wywiad dla „ENERGII” i wówczas stwierdził Pan, że polskie zasoby gazu, zawarte w czerwonym spągowcu, mogą sięgać 1 bln m sześć. Czyli że gaz łupkowy był u nas znany wcześniej. Dlaczego było tak o nim cicho?

Trochę nieporozumień jest zawartych w tym pytaniu. Rzeczywiście wiedzieliśmy, w jakich skałach w Polsce występuje gaz, w tym głównie w czerwonym spągowcu,. Ale zasoby gazu łupkowego, które związane są z starszym paleozoikiem i innymi obszarami Polski nie były wliczane do bilansu, o którym pan redaktor mówi. W nim znajdowały się rozpoznane i prognostyczne złoża gazu konwencjonalnego, złoża gazu zawarte w węglu kamiennym oraz wstępnie rozpoznane zasoby gazu szczelinowego (tight gas). Gaz łupkowy jest znany od XIX w., ale nie było jego eksploatacji nigdzie na świecie, ponieważ – przy niedawnych cenach gazu ze źródeł konwencjonalnych – eksploatacja zasobów gazu łupkowego była nieopłacalna. Skoro wydawała się nieatrakcyjna ekonomicznie, nikt nie zawracał sobie głowy tworzeniem odpowiedniej technologii.

Wszystko radykalnie zmieniło się, gdy w Stanach Zjednoczonych gaz konwencjonalny zaczął gwałtownie drożeć. „Przypomniano” sobie o gazie niekonwencjonalnym – gazie łupkowym i gazie szczelinowym, których ogromne, ale nieeksploatowane zasoby znajdowały się w wielu stanach. Potrzeba jest matką wynalazku, więc dość szybko – czyli w ciągu około 15 lat – Amerykanie wypracowali technologię hydraulicznego szczelinowania w poziomie. Macierzyste skały łupkowe są poddane oddziaływaniu dużego ciśnienia wytworzonego za pomocą solanki z piaskiem oraz z dodatkiem niezbędnych środków chemicznych, dodatkiem niewielkim i stanowiącym za każdym razem tajemnicę technologiczną firmy prowadzącej poszukiwania czy później – eksploatację złoża.

                             

Jakie jest zdanie Pana Profesora na temat perspektyw wydobycia tego gazu w naszym kraju; jak dużo go będzie, z jakimi nakładami finansowymi i z jakim uszczerbkiem środowiskowym należy się liczyć?

Kończąc odpowiedź na pierwsze pytanie: było u nas cicho o tym gazie, ponieważ nie dysponowaliśmy technologią jego pozyskiwania, a warunki rynkowe nie popychały nas do poszukiwania innych niż dotychczasowe, tradycyjne metody jego wydobywania.

Obecnie warunki zewnętrzne zaczęły się zmieniać, ceny gazu poszybowały w górę, powodując, że nie zauważane do tej pory możliwości uzyskania gazu zaczynają być coraz bardziej opłacalne. Problemem nurtującym polityków stało się bezpieczeństwo energetyczne Polski w kontekście zaopatrzenia w gaz. A w USA pojawiła się technologia, wdrożona w życie, zastosowana w praktyce, która okazała się atrakcyjna pod względem ekonomicznym.

Jak dużo jest tego gazu uwięzionego w łupkach? Za wcześnie jeszcze by wyrokować. Podawane przez prasę szacunki, są jedynie szacunkami, i to amerykańskimi; nie chcę w żadnym stopniu podważać amerykańskich zasług w dziedzinie eksploatacji gazu łupkowego, ale warto przez cały czas pamiętać, że w naszym kraju dopiero zostały rozpoczęte, a nieukończone prace poszukiwawcze. Znajdujemy się w fazie początkowej, nie dysponujemy – jako PIG-PIB – rezultatami pierwszych odwiertów poszukiwawczych, otoczonych wciąż tajemnicę handlową…

 

…a mówił Pan Profesor, że Instytutowi znane są wyniki badań łupków starszego paleozoiku, skały kojarzonej z gazem łupkowym…

Tak, posiadamy rdzenie z wcześniejszych wierceń – wystarczające, żeby stwierdzić obecność poszukiwanych skał, ich miąższość, dojrzałość mineralogiczną i przeobrażenia, jakim uległ kerogen tych skał. Ale to zbyt mało, aby w odpowiedzialnym sposób móc wypowiadać się na temat wielkości zasobów. Takimi danymi – na tym etapie poszukiwań – mogą dysponować jedynie koncesjonariusze, firmy prowadzące poszukiwania. Ale na tym etapie żadna z tych firm nie ujawni pełnych rezultatów, zresztą ich jeszcze nie ma – w grę wchodzą bowiem zbyt wielkie pieniądze, rzędu setek milionów dolarów, by przedwcześnie odsłaniać wszystkie karty.

A propos wierceń, dotarła do mnie wiadomość, że w naszych poszukiwaniach gazu łupkowego jesteśmy zdani na firmy amerykańskie (i kanadyjskie po części), ponieważ Polska nie ma w kraju… odpowiedniego sprzętu wiertniczego! Czy to prawda?

W pewnej mierze tak, aczkolwiek sprawa nie jest taka prosta. Rzeczywiście mamy mało tzw. ciężkich urządzeń wiertniczych; część z nich pracuje poza granicami kraju, np. w Kazachstanie. Faktycznie, najwięcej takiego sprzętu posiadają Amerykanie i Kanadyjczycy, na terenie Europy jest go relatywnie mniej. Nie upatrywałbym jednak w tym zbyt wielkiego problemu – jeśli będzie wola poszukiwania gazu, znajdą się pieniądze i na sprzęt. Przy czym trzeba pamiętać jeszcze o warunkach homologacyjnych na terenie Unii Europejskiej, bo może się okazać, że ktoś przetransportuje maszynę o nośności masztu rzędu 200 ton lub więcej przez ocean na nasz kontynent, a z braku homologacji nie można będzie jej uruchomić.

Wracając do wiercenia w horyzoncie – w publikacjach niefachowych pojawiają się obawy o wodę i o skażenie chemiczne. Nie jest to niczym uzasadnione. Jeśli chodzi o solankę to na tych głębokościach – interesujące nas łupki występują głównie na głębokości 3-4,5 km – nie ma innej wody niż słona. Wody słodkie występują w tym rejonie Polski do około 1000 m, w większości chronione horyzonty to 100-300 m pod powierzchnią. Przez te warstwy odwiert przebija się pod osłoną i nie ma fizycznej możliwości kontaktu z tą wodą. Wszelkie straszliwe wiadomości o zagrożeniu środowiska przy poszukiwaniu i eksploatacji gazu łupkowego to gruba przesada. Czasami, myląc pojęcia, przenosi się zagrożenie – rzeczywiście istniejące! – z eksploatacji metanu ze złóż węgla kamiennego na gaz łupkowy, ale to kompletne nieporozumienie i pomieszanie dwu zupełnie odrębnych zagadnień.

Przy okazji warto powiedzieć o jeszcze jednym: Polska ma najlepszą na świecie, najbardziej surową ustawę regulującą kwestie ochrony środowiska podczas prac górniczych. Biada temu, kto naruszyłby jej zapisy! Jednym słowem – nie ma żadnych szans na powstanie zagrożenia dla środowiska naturalnego.

Kolejna sprawa to postęp technologiczny. Z każdym rokiem „łupkowego boomu” ta technologia podlega doskonaleniu; zużywa coraz mniej wody dla osiągnięcia tego samego efektu, wiercenia są coraz bardziej precyzyjne. Można zatem się spodziewać, że kiedy z fazy poszukiwawczej przejdziemy do etapu eksploatacji złóż gazu łupkowego – a, powtarzam!, trzeba na to lat, a nie miesięcy, jak się niektórym wydaje – technologia ta zostanie już znacznie udoskonalona.

 

Typowo dziennikarskie pytanie: jest Pan optymistą czy pesymistą w dziedzinie polskich ogromnych złóż gazu łupkowego?

Umiarkowanym optymistą. Ale na efekt końcowy przyjdzie nam poczekać ładnych parę lat. Czy będzie to 5,3 bln m sześc., jak to wyliczyli Amerykanie? Tu też jest sporo niedomówień – z naszych, bardzo orientacyjnych badań rdzeni, wynika, że polskie łupki zawierają nieco mniej gazu niż te eksploatowane już w USA. Zresztą, wszystko zależy od miejsca, w którym zostały pobrane – raz gazu jest więcej, raz mniej.

Do amerykańskich szacunków należy podchodzić ostrożnie, bo – z powodów sobie tylko wiadomych, zapewne chodziło o względy ekonomiczne – do rozważań wzięli jedynie położone płyciej serie łupkowe. Ale pod nimi znajdują się jeszcze skały ordowiku, z naszego rozeznania – także zawierające gaz łupkowy. Reasumując, nie epatujmy się liczbą 5,3 bln m sześc., bo tego gazu może być więcej, może być mniej, ale też może być akurat tyle, ile podają amerykańskie szacunki. Za kilkanaście lat będziemy wiedzieć dokładnie, bardziej dokładnie, szczerze mówiąc.

 

Panie profesorze, czasami odnoszę wrażenie, że zachowujemy się w Polsce niczym dzieci bawiące się klockami – do tej pory obiektem naszego zainteresowania był węgiel, więc wszystko kręciło się wokół „czarnego złota” z niewielkim dodatkiem na węgiel brunatny, a teraz Amerykanie do polskiego „pokoju zabaw” wrzucili klocek z napisem gaz niekonwencjonalny. I my, niczym dzieci, zostawiamy stare klocki i biegniemy bawić się nowymi. Czy węgiel rzeczywiście przestał być interesujący?

A skądże! Na całym świecie obserwuje się wzmożone zainteresowanie wydobyciem węgla, kraje takie jak Stany Zjednoczone, Kolumbia, Australia, a przede wszystkim Indonezja dynamicznie zwiększają ilość produkowanego węgla kamiennego, ponoszę wielkie nakłady, by uruchamiać nowe kopalnie i modernizować starsze oraz prowadzić poszukiwania. Niestety, z wielkich, liczących się w świecie producentów węgla kamiennego, Polska stanowi wyjątek – u nas produkcja węgla spada. Podobnie przez pewien czas było w Rosji, ale i tam węgiel wrócił do łask.

 

Dlaczego tak się u nas dzieje?

Mamy średniowieczny model korzystania z tego niezwykle wartościowego paliwa. Dość powiedzieć, że z tej samej ilości węgla Niemcy potrafią „wycisnąć” nawet dwa razy tyle energii co my! Wciąż nie mogą u nas przebić się nowoczesne technologie wykorzystywania węgla kamiennego, jak zgazowanie w złożu, upłynnianie czy uwodornianie. Świat poszedł bardzo do przodu w tej dziedzinie, a my pozostaliśmy w epoce świeczki i kaganka.

A przecież mamy obiecujące zasoby węgla kamiennego, do tej pory mało bądź wcale nie eksploatowane. Mam na myśli tzw. Nadwiślański Okręg Węglowy, który obfituje w surowiec o dużej zawartości wodoru i wysokiej kaloryczności. A my zwracamy sobie głowę biogazem, fotowoltaiką i tym podobnymi technologiami, które w polskich warunkach bez zewnętrznego wsparcia finansowego nie zdają egzaminu. Wszystko przez unijną walkę z dwutlenkiem węgla, co moim prywatnym zdaniem należy uznać za kompletny nonsens!

 

Jeszcze większym wrogiem dla zwolenników zwalczania CO2 jest węgiel brunatny. W czasie naszej rozmowy sprzed lat pamiętam, że był gorącym zwolennikiem eksploatacji tzw. legnickich złóż tego paliwa. Czy coś w tej kwestii się zmieniło?

Jeśli chodzi o mój stosunek do sprawy – to nie. W tamtym okresie kierowałem Kombinatem Górniczo-Hutniczym Miedzi i odkrycie największych w Europie, najlepszych jakościowo, wysokokalorycznych i jednocześnie o niskiej zawartości siarki złóż węgla brunatnego w tzw. Zagłębiu Ścinawsko-Legnickim uznawaliśmy za możliwość stworzenia dla KGHM „drugiej nogi” ekonomicznej. Ceny miedzi na rynkach światowych podlegają okresowym fluktuacjom i przydałby się drugi filar finansowy. Dodam, że teren ten miał pozostawać niezabudowany, ale – jak słychać, duże osadnictwo już się tam pojawiło. Przez środek pola Ścinawa-Legnica ktoś chciał nawet puścić autostradę, ale w porę się opamiętano i drogi nie wybudowano. O ile mi wiadomo, przy bardzo ostrych sprzeciwach miejscowej ludności na dziś sprawa zagospodarowania tego złoża jest nieaktualna.

Natomiast toczą się intensywnie prace wokół zagospodarowania złoża „Złoczew”. Planuje się tam wykonanie aż 280 otworów dokumentujących położenie i jakość złoża węgla brunatnego.

 

Jak wykorzystać ten węgiel brunatny: zbudować na miejscu nową elektrownię czy transportować go do istniejących już elektrowni?

Należy, jak zawsze, kierować się racjami ekonomicznymi. Jeżeli chodzi o wariant z transportem tego węgla do istniejących obecnie elektrowni, to warto przeanalizować to, co stosowane jest np. w Andach: transport rurociągowy. Tam podobny materiał transportuje się na odległość kilkuset kilometrów, pokonując przy okazji różnice poziomów dochodzące do kilkuset metrów. Dzisiejsze technologie są o wiele bardziej zaawansowane od tych znanych kilkanaście lat temu. Świat stale podąża naprzód i warto z tego korzystać.

 

Taką nowinką technologiczna jest CCS – wychwytywanie dwutlenku węgla z produkcji przemysłowej i składowanie go pod ziemią. Jakie jest Pańskie zdanie na ten temat?

Nie czuję się ekspertem w dziedzinie CCS, więc trudno jest mi się na ten temat wypowiadać. Co sądzę o walce z CO2 – już powiedziałem. Dodam, że ludzkość wytwarza 13 tys. razy mniej CO2 w stosunku do zawartego w światowym oceanie. Co się stanie, gdy temperatura atmosfery podniesie się o pół stopnia i gaz ten zacznie się uwalniać do atmosfery…?

Z poważnych badań naukowych wynika, że obecny poziom CO2 w atmosferze Ziemi należy do najniższych w całych dziejach naszego globu. Dzisiaj jeden islandzki wulkan paraliżuje pół planety, a przecież były okresy, kiedy jednocześnie „pracowało” kilkaset takich wulkanów. I – skoro się straszymy – to pamiętajmy o hydratach gazowych zawierających CH4, hydrat metanu, ponad 20-krotnie groźniejszy pod względem efektu klimatycznego od dwutlenku węgla. Miliardy ton tego hydratu, na pozór przypominającego kawałki lodu, znajdują się w oceanach i obszarach na granicy wiecznej zmarzliny. Norweski Statoil próbuje już eksploatować te zasoby. A przecież hydraty gazowe zawierają w sobie 1000 razy więcej CO2 niż w ciągu roku produkuje człowiek! I jakoś nikt nimi się nie przejmuje…

Co do CCS, to skłaniam się do sceptycyzmu wobec tej technologii; sekwestracja dwutlenku węgla pod ziemią może budzić zastrzeżenia. Po jakimś czasie, nawet po kilkudziesięciu latach może dojść do niekontrolowanych ruchów górotworu, w wyniku czego gaz się uwolni. Wówczas może dojść do katastrofy.

Tak więc jestem zwolennikiem innej opcji – skoro już uznaliśmy CO2 za wroga, to starajmy się go wytwarzać jak najmniej. Od węgla na przestrzeni nadchodzących kilkudziesięciu lat nie odejdziemy, bo świat, cywilizacja ludzka, nie potrafią żyć bez energii, której koszt rośnie wyjątkowo szybko. To największe wyzwania dla ludzkości. Jeżeli uznajemy, że CO2 szkodzi, to produkujmy go jak najmniej, zamiast go chomikować ryzykując, że się oswobodzi.

 

Panie Profesorze, skoro odnawialne źródła nie stanowią rozwiązania zapewniającego wzrost podaży energii, skoro węgiel, ropa i gaz to produkcja CO2, który (jakoby) podnosi temperaturę ziemskiej atmosfery, to może pochylmy się z pokorą nad źródłem energii, którego wokół mamy w bród – nad wodorem?

Wodór jest pociągającą alternatywą i należy sądzić, że za jakiś czas ludzkość dojdzie do takiego stadium rozwoju, że będzie potrafiła poradzić sobie z tym atrakcyjnym, ale też groźnym paliwem. Skoro potrafią to zwyczajne drzewa…

O wszystkim decyduje cena. Jeśli jakaś potrzeba staje się paląca, wówczas ludzkość dość szybko znajduje rozwiązanie. Nie wolno obiecywać zbyt wiele, ale też nie wolno oszczędzać na nowoczesnych technologiach. Warto z problemów ze staroświeckością naszych rozwiązań węglowych wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość.

 Dziękuję za rozmowę.


0 Komentarzy