Najważniejsze

Poniedziałek 21 maja

„Parkiet”: Akcjonariusze windykatorów mają powody do optymizmu

PGE Elektrownia Opole: Alstom nie odpuszcza!

DGP: 3 odwierty, gazu mnóstwo!

Odwrócony CO2 – żart czy odkrycie?

Możejki nie opłacają się i sprzedać ich niesposób

PGE hojnie płaci dywidendę

JSW: Zmiana prezesa?

Red, 10 maja 2010

Optymizm a rzeczywistość

Z Andrzejem Patrycym, prezesem zarządu Energoprojektu Warszawa rozmawia Jacek Świdziński

Panie Prezesie, o Waszej spółce głośno ostatnio z okazji ogłoszenia sporządzonego przez Was rankingu lokalizacji pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Czy to jakieś wyjątkowe zlecenie? Czym wybór miejsca dla elektrowni nuklearnej różni się od poszukiwania lokalizacji dla siłowni kondensacyjnej?

Energoprojekt Warszawa zajmuje się energetyką jądrową od zarania tej problematyki w Polsce, czyli od lat 60. XX w., kiedy to wybieraliśmy pierwsze lokalizacje dla tego rodzaju elektrowni. Później zostaliśmy generalnym projektantem elektrowni jądrowych „Żarnowiec” i „Warta-Klempicz”. Jeśli chodzi o „Wartę-Klempicz”, to przed ówczesnym zamknięciem programu jądrowego w Polsce zdążyliśmy rozpocząć badania geologiczne i rozpoczęliśmy przygotowania do procesu inwestycyjnego. Niestety, proces ten na ponad 20 lat został przerwany…

Jeśli chodzi o różnice w lokalizowaniu elektrowni jądrowej w porównaniu z klasyczną elektrownią kondensacyjną, to można powiedzieć, że większość działań jest identyczna – najważniejsza jest geologia, ważna jest też woda chłodząca w okolicy. Dodatkowymi elementami, jakie dla przyszłej elektrowni jądrowej należy przebadać, to wiatry – im więcej wieje, tym lepiej, ponieważ rozprasza to te niewielkie ilości materiałów promieniotwórczych, jakie mogą wydostawać się spoza osłony reaktora. Kolejnym elementem, branym pod uwagę, jest możliwość infiltracji potencjalnymi skażeniami wód gruntowych znajdujących się w okolicy oraz niska gęstość zaludnienia. W sumie jest więcej zagadnień, które należy wziąć pod uwagę przy lokalizacji elektrowni jądrowej i przed którymi należy się zabezpieczyć.

Warto wiedzieć, że mieszkaniec okolicy, w której znajduje się elektrownia nuklearna, przez całe swoje życie otrzymuje w sumie mniejszą dawkę promieniowania niż pasażer samolotu w czasie jednego przelotu nad Atlantykiem. Taka jest skala zastosowanych zabezpieczeń.

Panie Prezesie, w stworzonym przez Was rankingu lokalizacji elektrowni jądrowych w Polsce, Żarnowiec – podobnie jak ćwierć wieku wcześniej – zajął pierwsze miejsce. Ale ostatecznego wyboru lokalizacji ma dokonać Polska Grupa Energetyczna, której przedstawiciele zarządu publicznie stwierdzili, że pierwsza polska siłownia nuklearna może powstać w innym miejscu. Co to oznacza?

Po opracowaniu dokumentacji przychodzi czas na realizację. I inwestor staje wobec wielu przeszkód, które musi pokonać, żeby: po pierwsze, pozyskać teren; po drugie, uzyskać wszystkie zgody wymagane prawem; w związku z czym nie może on „przyzwyczaić się” do jednej lokalizacji i opierać na tylko jednym wskazaniu lokalizacyjnym. W przeciwnym przypadku właściciele takiego terenu mogą podyktować cenę niewyobrażalną, która może równać się nawet nakładom na całą inwestycję. W związku z powyższym my, jako Energoprojekt Warszawa, wspólnie z Ministerstwem Gospodarki nie nazwaliśmy naszego działania „wyborem najlepszej lokalizacji dla pierwszej polskiej elektrowni jądrowej”, lecz „rankingiem takich lokalizacji spośród 27 zgłoszeń”. Tak więc inwestor może wybrać pierwszą lokalizację w rankingu, ale może to być druga; a jeśli nie pierwsza i nie druga to trzecia. W ten sposób inwestor ma możliwość gry z właścicielami terenów, z władzami lokalnymi: „Jeśli mnie nie chcecie, albo jeśli wyceniacie swój teren tak drogo, to idę do następnego kontrahenta z listy rankingowej”.

Pragnę też przypomnieć, że pierwszych pięć lokalizacji przez nas wskazanych, a więc Żarnowiec, Warta-Klempicz, Kopań, Nowe Miasto nad Pilicą i Bełchatów – można w praktyce traktować jako wskazania równorzędne, ponieważ różnice między nimi były minimalne.

Wszyscy się dziwili, dlaczego w kategorii „woda chłodząca” przyznaliśmy Żarnowcowi zero punktów. Rozpatrywaliśmy lokalizację elektrowni o mocy rzędu 3500 MW, która potrzebować będzie więcej wody, niż jest w stanie dostarczyć płytkie Jezioro Żarnowieckie, co jednak nie dezawuuje tej kandydatury, jako że zawsze można przeciągnąć rurociąg wody morskiej z leżącego nieopodal Bałtyku. My w naszych rozważaniach rozpatrywaliśmy jednak zamknięty układ wody chłodzącej. Ale biorąc pod uwagę możliwość wykorzystania wody morskiej, to kandydatura Żarnowca wypadłaby jeszcze lepiej, niż to odnotowano w punktacji rankingu.

Jeden z ekspertów francuskich powiązanych z EdF stwierdził, że Polska w swoim programie budowy energetyki nuklearnej winna rozpatrywać budowę nie jednej czy dwóch takich elektrowni, ale czterech do nawet sześciu, bo dopiero przy takiej skali rozwoju staje się to ekonomicznie opłacalne. Pomijając kwestie finansowe, czy Polska pomieściłaby cztery-sześć siłowni jądrowych?

Skoro rozpatrywaliśmy 27 ewentualnych lokalizacji dla elektrowni jądrowych to chyba miejsce dla czterech czy nawet sześciu by się znalazło. Każda ze zgłoszonych lokalizacji była możliwa do wykorzystania – żadnej definitywnie nie wykluczyliśmy. Jeżeli w tej chwili prognozujemy i projektujemy budowy węglowych elektrowni kondensacyjnych wielkich mocy, to równie dobrze możemy myśleć o elektrowniach jądrowych na tym samym terenie.

O to właśnie chciałem Pana zapytać, ponieważ wśród rozpatrywanych przez Energoprojekt Warszawa kandydatur niemało było związanych już z elektroenergetyką: Bełchatów, Kozienice, Konin…

Zacząłem pracować w tym biurze w 1974 r. i już wtedy, inż. Damazy Laudyn, między innymi generalny projektant Elektrowni „Bełchatów”, przewidywał w ramach koncepcji długoterminowej, że – po wyczerpaniu złóż węgla brunatnego w Bełchatowie – woda zaleje odkrywkę, elektrownię konwencjonalną zastąpi źródło jądrowe, natomiast przy okazji na nadkładzie z odkrywki wybuduje się elektrownię szczytowo-pompową. Wielcy ludzie, a tacy byli zatrudnieni w naszej firmie, mieli wizje elektroenergetyki wybiegające na kilkadziesiąt lat w przód. Węgiel brunatny kiedyś się skończy, węgiel kamienny też ma jakieś swoje ograniczenia i pozostaje nam do dyspozycji paliwo jądrowe. Instytut Energetyki zorganizował w swoim czasie ciekawą konferencję, w trakcie której mówiło się o wykorzystaniu toru w reaktorach energetycznych. A toru na Ziemi jest trzykrotnie więcej niż uranu…

Wspomniał Pan Prezes o chlubnej przeszłości Energoprojektu Warszawa. Ile to już lat?

Firma powstała w 1949 r. z połączenia kilku innych biur projektowych. Od początku istnienia obowiązywała u nas zasada myślenia o energetyce z perspektywą kilkudziesięciu lat do przodu – inaczej naród zostałby w pewnej chwili pozbawiony prądu.

Jak zatem Pan Prezes i Pańska firma oceniacie nader optymistyczne plany budowy nowych mocy i zastępowania starych, którymi to planami obficie raczą nas koncerny energetyczne?

My takie plany przyjmujemy z radością – Energoprojekt Warszawa to pracownicza spółka akcyjna, typowo komercyjna, działająca na rynku energetycznym. Im więcej zleceń, tym dla nas lepiej, będziemy się rozwijać.

W tej chwili nie mamy żadnego długotrwałego projektu w portfelu, ale co chwila odbywają się przetargi i mamy nadzieję na którymś z nich zdobyć odpowiednie zlecenia. Jesteśmy doradcą technicznym PGE Elektrowni „Opole”, skończyliśmy projektowanie bloku 480 MW dla EC „Siekierki” (Vattenfall) w stolicy i już uzyskaliśmy pozwolenie na budowę. Trochę działamy w ZE „Ostrołęka” (Energa), działamy też na rzecz Vattenfall, Kulczyk Holding, dla EdF – w sumie, jak by policzyć te wszystkie megawaty, jakie powstają przy naszym udziale, to byłoby ich sporo.

Czy Energoprojekt Warszawa ma jakąś swoją sztandarową specjalność?

Biuro zatrudnia specjalistów wszystkich branż, jakie funkcjonują w elektroenergetyce: od mechaników i technologów począwszy, poprzez elektryków czy automatyków, aż po konstruktorów, instalatorów i hydrotechników. Jesteśmy w stanie własnymi siłami kompleksowo zaprojektować każdą elektrownię. Co wcale nie znaczy, że będziemy konstruować każde urządzenie potrzebne w elektrowni. Jesteśmy w stanie zoptymalizować wielkość bloku, jego sprawność na bazie podanych parametrów i wykonać dokumentację od wstępnych analiz do dokumentacji powykonawczej włącznie. Natomiast urządzenia, takie jak kocioł, turbina itp. zamawiamy i potrafimy je ze sobą połączyć, czego nie wszyscy się podejmują. Potrafimy zaprojektować system wody chłodzącej, ale chłodnię kominową budować będzie kto inny. Także pompy wody chłodzącej będziemy kupować od wyspecjalizowanych producentów, ale już pompownię zaprojektujemy. Potrafimy zaprojektować budynek główny elektrowni i potrafimy wyprowadzić moc z elektrowni do transformatora głównego. Nawęglanie, odżużlanie, odpopielanie – to wszystko zrobimy własnymi siłami. Ale wywrotnicę wagonową – kupimy. Wiemy, jak skonstruować wymagania dla każdego urządzenia niezbędnego w elektrowni.

Teoretycy, ale też niemała część praktyków polskiej elektroenergetyki, twierdzą, że jest ona przestarzała, zarówno z uwagi na średni wiek naszych elektrowni, jak i ich niską sprawność energetyczną. Jakie jest Pańskie zdanie na ten temat?

Trzeba budować nowe elektrownie. W tej kwestii mamy cały czas spory, ale bardziej z politykami niż z fachowcami z branży. Słyszałem nawet taki głos, że „im coś starsze, tym lepsze”. Mogłem tylko odpowiedzieć, że „elektrownia to nie wino”. W ramach zajęć hobbystycznych wyliczyłem, że w chwili obecnej średni wiek źródła elektroenergetycznego w Polsce sięga 33 lat. Jeśli „Polityka energetyczna państwa do roku 2030” zostanie w pełni zrealizowana, wówczas w owym granicznym roku ten średni wiek elektrowni w Polsce powinien spaść do 23 lat. Jeśli…

Blok energetyczny dobrze pracuje przez 40 lat; niektórzy mówią o 50. Są przypadki, że taki blok pracował 100 lat. Są też stuletnie samochody „na chodzie”. Można się takim autem zachwycać i… cały czas je remontować. Natomiast na taki zabytkowy pojazd nie możemy liczyć w każdej chwili, gdy potrzebujemy jego bezawaryjnego działania. A w energetyce dochodzą wymagania ochrony środowiska.

A zatem musimy inwestować w nowoczesne, wysoko sprawne źródła energii w pełni przyjazne dla środowiska.

Skoro mowa o polityce energetycznej Państwa do 2030 r., jakie jest zdanie Pana Prezesa, ile węgla powinno pozostać w polskiej elektroenergetyce?

W zasadzie elektroenergetyka krajowa winna być oparta na lokalnym surowcu. Można dyskutować, czy to jest dobre czy złe, natomiast dzięki temu, że posiadamy energetykę opartą na węglu – a jest to decyzja z lat 60. XX w. – pozostajemy krajem niezależnym energetycznie. Teraz mamy problem: na ile zdywersyfikować to paliwo i czym to czynić?

Paliwo jądrowe jest o tyle bezpieczne, że jest wielu jego dostawców. Jeżeli chodzi o gaz, to pomysł z gazoportem w Świnoujściu należy uznać za właściwy, bo uzyskujemy dywersyfikację dostaw z importu. W polskich warunkach trudno cokolwiek budować w oparciu o ropę naftową. Elektrownie wiatrowe – no, ten aspekt budzi moje spore zastrzeżenia. Zakładanych na 2030 r. 7,5 tys. MW z energetyki wiatrowej nasz system energetyczny nie przełknie. Te moce trzeba rezerwować. Jeżeli będziemy elektrownie wiatrowe rezerwowali źródłami węglowymi to: albo cały czas będą one pozostawać w „gorącej rezerwie”, czyli będą emitować CO2 bez jakiejkolwiek produkcji, albo będą pracowały w połowie swego obciążenia. Ale ta połowa oznacza, że na rezerwowanie musielibyśmy przeznaczyć 15 tys. MW mocy węglowych! Proszę dodać 7,5 tys. do 15 tys. i mamy 22,5 tys. MW, czyli na dzisiaj – spore zapotrzebowanie. A przecież mamy jeszcze uruchomić 6 tys. MW w energetyce jądrowej, która będzie pracować „w podstawie”. No i osiągamy już niemal 29 tys. MW. Słowem – mocy wiatrowych przewiduje się ciut za dużo…

Moce wiatrowe powinny istnieć, ale muszą być rezerwowane – również przez elektrownie szczytowo-pompowe…

…albo przez gazowe?

Nieszczęście polega na tym, że szczyt gazowy pokrywa się ze szczytem energetycznym; a więc, jeżeli będziemy mieli zbiorniki gazu odpowiedniej pojemności – to tak. Bez takich zbiorników szczyt pokryje się ze szczytem i zabraknie gazu, kiedy będziemy akurat potrzebowali mocy rezerwowych. Szczerze powiedziawszy, ja jestem zwolennikiem hydroenergetyki. Od dawna istniejący projekt Kaskady Dolnej Wisły, który nie może się przebić z uwagi na obszary chronione i już chyba się nie przebije, choć pozostaje wciąż aktualny, bo to dobry projekt. Mamy jeden z najniższych w Europie wskaźników technicznego wykorzystania energii wodnej, około 16 proc., podczas gdy Francja ma prawie 100 proc. Sama Kaskada Dolnej Wisły może zawierać około 1000 MW takiej interwencyjnej, bardzo nam potrzebnej energii na moment, kiedy przestaje wiać wiatr napędzający wiatraki energetyczne. W każdym razie owe 7,5 tys. MW mocy wiatrów to nie jest zagadnienie proste i jednoznaczne, jak niektórym entuzjastom się wydaje.

Ale to jest drogi projekt…

Energetyka węglowa też staje się coraz droższa. Jeżeli budowę stopni wodnych z hydroelektrowniami połączyć z regulacją rzek, z ochroną przeciwpowodziową, z rybołówstwem, transportem wodnym – to finalny rozrachunek może nawet wyjść na zero. W 1993 r. robiliśmy dla Banku Światowego analizę, z której wynikało, że przy włączeniu do programu ochrony przeciwpowodziowej, przy zastosowaniu obowiązkowych ubezpieczeń rolników, firmy ubezpieczeniowe chętnie sfinansowałyby dużą część takiej inwestycji.

Była moda na energetykę wiatrową, na Zachodzie jej blask zaczyna blednąć i ekoentuzjaści przenoszą swój zapał na biomasę. Co Pan Prezes sądzi o tej ostatniej?

Jeżeli elektrownia w czasie swojego czterdziestoletniego życia zużyłaby x m sześc. drewna czy innej biomasy, albo ileś gigadżuli takiej biomasy, a po 40 latach okazałoby się, że tej biomasy czy tych drzew by nie ubyło, to zgoda – to jest energia odnawialna. Ale jeśli spala się drewno pochodzące z drzew mających około 60-80 lat, to nie może być żadnej mowy o energii odnawialnej, bo ten potencjał roślinny już się nie odnowi. W swoim czasie była – bodajże w Danii – koncepcja certyfikowania dostawców biomasy. Taki dostawca miał otrzymać certyfikat, że dostarczył tyle a tyle biomasy, który byłby umarzany z chwilą udokumentowania obsiania odpowiedniego areału równowartością spalonej biomasy.

Kolejna rezerwa, niezbyt duża, ale bardzo uciążliwa ekologicznie i społecznie to odpady biodegradowalne. Czy może one pomogłyby poprawić bilans energetyczny?

Koło tego tematu chodziłem trzy lata. A teraz praktycznie straciłem do tego serce. Dzisiaj zaczyna się coś w tej materii działać, ale powiedzmy sobie szczerze – my wciąż nie jesteśmy przygotowani do działania, jeżeli chodzi o całą gospodarkę odpadami. Energoprojekt jest w stanie zaprojektować nowoczesną spalarnię, stosując technologię jakiegoś znanego, światowego producenta w tym m.in. projekt budowlany.

Zagadnienie jest ciekawe, ale i skomplikowane. Najpierw trzeba wdrożyć system sortowania odpadów; to, co nadaje się do kompostowania, powinno być kompostowane. Metal odłożyć, szkło odłożyć, natomiast reszta, z którą nic już się nie da zrobić, winna być utylizowana w spalarniach. I tak się to na świecie robi. Tyle tylko, że to powoduje duży wzrost kosztów utylizacji. I czekamy. Dopiero gdy przyjdzie nam zapłacić karę Unii Europejskiej, wówczas zapewne ruszymy ze spalarniami…

Panie Prezesie, czy jest Pan optymistą czy pesymistą, jeśli chodzi o stan polskiej elektroenergetyki w 2020 r. Niektórzy straszą nas wręcz wyłączeniami. Podobno średnio co rok trzeba by oddać 1000 MW, by pokryć ubytki starych mocy i wzrost zapotrzebowania…

Jestem urodzonym optymistą, natomiast, jak potoczy się życie, trudno mi powiedzieć. Jest wiele czynników, które mają wpływ na to, jak będzie wyglądał w polskiej energetyce rok 2020. Zarządy wielkich koncernów energetycznych powinny wykazać się ogromną determinacją w uruchamianiu programów inwestycyjnych.

Co roku 1000 MW nie oddamy. Taki blok, jak 858 MW w „Bełchatowie”, buduje się co najmniej cztery lata, do tego doliczmy co najmniej dwa lata na poszukiwanie źródeł finansowania takiej inwestycji, rok na przygotowanie inwestycji – i już mamy siedem lat, zanim powstanie blok.

A co mamy? Blok w „Opolu” – w fazie przetargu, blok w „Kozienicach”, blok w „Rybniku”, kilka jeszcze innych inwestycji, „Ostrołęka” jeszcze przetargu nie uruchomiła.

Najtrudniejszy moment to te dwa lata, w ciągu których należy uzbierać pieniądze na finansowanie inwestycji. Raz jeszcze podkreślam – zarządy muszą zdobyć się na maksymalną determinację w działaniu. Bez tego czarne scenariusze mogą okazać się realne.

Panie Prezesie, dziękujemy za rozmowę.


0 Komentarzy