Gra na energetycznej szachownicy
Z drem inż. Andrzejem Kądzielawą z Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Warszawskiej rozmawia Bogdan Mikołajczyk.
ZOBACZ TAKŻE
Brak podobnych.
Powiodła się oferta publiczna i debiut giełdowy Polskiej Grupy Energetycznej; na konto spółki wpłynęło ok. 6 mld zł, ale nie udało się dokończyć prywatyzacji grupy Enea. Vattelfall zrezygnował z dokupienia akcji tak, by mieć nad grupą kontrolę, wycofał się też drugi potencjalny inwestor ? spółka RWE Polska. Jakie wnioski płyną z tej lekcji prywatyzacji?
Przypadek Enei można oceniać z dwóch punktów widzenia; pierwszy to cena spółki, drugi to możliwości inwestycyjne firm energetycznych w UE oraz proces konsolidacji unijnego rynku energii. Tak naprawdę w 27 państwach Unii jest miejsce dla kilku dużych graczy na energetycznej szachownicy, którzy mają potencjał rozwojowy w formie kapitału własnego i przewagę konkurencyjną. W dobie globalizacji duży staje się jeszcze większy, a mały albo się przyłączy, albo zostaje wchłonięty, przestaje istnieć. Ten proces trwa. Gra rozgrywa się między dużymi firmami energetycznymi wschodniej i zachodniej Europy, a jej wynik będzie wypadkową wielu relacji polityczno-gospodarczych i ukształtuje strukturę europejskiej energetyki na wiele lat.
Musimy się do tej gry aktywnie włączyć. Chodzi o to, aby nie tracić wpływu na warunki kształtujące krajowe bezpieczeństwo energetyczne. Istnieją realne obawy, że choć geograficznie jesteśmy w środku Europy, to w infrastrukturze energetycznej pozostaniemy na obrzeżach. Dotyczy to zarówno elektroenergetyki jak i gazownictwa. Możemy zostać „pod mostem”, utworzonym przez duże koncerny, uzależnieni nie tylko od źródeł surowców energetycznych, ale także od pośredniczących dostawców.
Czy na decyzje inwestorów w sprawie Enei mogło wpłynąć ogłoszenie planów budowy rosyjskiej elektrowni jądrowej w Kaliningradzie, która ma ruszyć w 2015 r. i oferować dużą część energii na eksport?
Na pewno tego typu informacje są dokładnie analizowane przez potencjalnych inwestorów pod kątem ich długofalowych strategii. Dotyczy to nie tylko inwestycji w obwodzie kaliningradzkim, ale także decyzji o budowie elektrowni jądrowej na Białorusi, gdyż będą to elektrownie o znacznie niższych kosztach wytwarzania energii, niż w państwach UE. Grupa Enea stanowi kilkumilionowy rynek odbiorców, to jest jej najcenniejszy potencjał, który z punktu widzenia marketingu decyduje o atrakcyjności spółki, o jej rzeczywistej wartości. Ale jeśli jej oferent ogłasza, że jest w sytuacji przymusowej i stara się pospiesznie szukać nabywcy, to kupujący przejmuje inicjatywę. Spokojnie czeka, aż cena stanie się dla niego bardziej atrakcyjna. Dlatego nie martwiłbym się o akt prywatyzacji, a raczej warunki i cenę sprzedaży.
Tutaj chodzi o bardzo duży biznes, mówimy o miliardach euro. Z punktu widzenia prywatyzowanych spółek zasadnicza różnica polega na tym, że inwestor branżowy, poza kapitałem, najczęściej wnosi nowoczesną technologię, sprawną strukturę organizacyjną i zasady zarządzania. To, czego naszej energetyce brakuje najbardziej i czego giełdowy akcjonariat rozproszony nie gwarantuje. Wystarczy porównać podstawowe wskaźniki takich sprywatyzowanych elektrowni jak na przykład „Rybnik” czy „Połaniec”, albo warszawskich elektrociepłowni, by stwierdzić, jak pod nowymi zasadami zarządzania zmieniła się wydajność, płace, poziom zatrudnienia czy warunki pracy.
Ale przecież to nie jest tak, że własność Skarbu Państwa jest z definicji skazana na złe zarządzanie. Szwedzki Vattenfall czy francuski EdF to firmy państwowe. One mogą mieć sprawny menedżment, a my nie? Czy tak trudno się tego nauczyć? A może jest to sprawa jakichś układów politycznych czy korporacyjnych?
To wymaga czasu. Ale przede wszystkim woli politycznej i konsekwencji. Trzeba skończyć z ciągłymi zmianami zarządów i rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, ze względów politycznych. Co jest nagminne w elektroenergetyce, gazownictwie, petrochemii i innych spółkach strategicznych, może z wyjątkiem górnictwa węglowego. Powstrzymać ten „chocholi taniec” może tylko prywatyzacja. Oddzielenie u nas biznesu od bezpośredniego wpływu polityki i polityków pozostaje „wishfull thinking”, czyli myśleniem życzeniowym.
W sektorze elektroenergetyki, gdzie praca jest naprawdę ciężka, związki zawodowe, wykorzystując pośpiech we wdrażaniu programu konsolidacyjnego, wymusiły szereg zobowiązań na rzecz pracowników; takich jak podwyżki, premie, nagrody, gwarancje zatrudnienia na wiele lat, które obecnie hamują dynamikę rozwoju firm. Te obciążenia zaczynają się kumulować, przechodząc do konsolidowanych grup kapitałowych. Przebieg ich restrukturyzacji wskazuje, że rozwiązywanie tych problemów idzie jak po grudzie.
Zachodni inwestorzy branżowi nie mają żadnych wątpliwości, że jak trzeba ciąć nierentowną produkcję czy ograniczać nieracjonalne zatrudnienie, to robią jedno i drugie. Oczywiście wykupując pewne przywileje socjalne, albo uruchamiając programy osłonowe. U nas też powinno to być tak zrobione. Przykład Vattenfall, dotyczący restrukturyzacji Górnośląskiego Zakładu Energetycznego czy warszawskiech EC, nie pozostawia wątpliwości. Gdyby Szwedzi kupili Enenę, to w kilka miesięcy zrestrukturyzowaliby firmę. Byłaby nie do poznania, oczywiście na plus.
Szkoda, że tego nie zrobili…
W zeszłym roku kupując 18,7 proc. akcji Enei, Vattenfall faktycznie uratował jej prywatyzację, ale teraz nie zakupił pakietu większościowego. Niestety, ale my nic nie wiemy o strategii Vattenfall czy RWE w tej części Europy, mało kto się tym u nas dogłębnie zajmuje. Na razie czekamy, oddając inicjatywę drugiej stronie.
Podstawowym dążeniem firm elektroenergetycznych jest bezpośredni dostęp do klienta. To jest wartość, którą ceni się najwyżej, gdyż otwiera dostęp do portfela usług nie tylko energetycznych. Jeżeli w perspektywie wzrośnie popyt na energię i nie wystarczy energii z własnych źródeł, to trzeba ją dokupić. Od kogo? Od PGE, a może z Kaliningradu czy od Białorusinów, którzy za chwilę mogą być znacznie bardziej konkurencyjni?
Kiedy Rosjanie mówią, że wybudują w Kaliningradzie 2,5 tys. MW, to najpewniej zrobią to szybko, jeśli deklarują, że 70 proc. tej energii będą chcieli wyeksportować na zachód ? też nie będą z tym zwlekać. Problem polega na tym, w jaki sposób to zrealizują i czy będzie to eksport przez polski system przesyłowy, czy przez podmorski kabel na Bałtyku. Jeżeli nie zrobimy nic w tej sprawie, będziemy się biernie przyglądać, to powtórzy się sytuacja taka jak z gazociągami Nord Stream i Opal, które otoczą nas od północy i zachodu. Tymczasem z położenia naszego kraju, z czysto technicznego punktu widzenia wynika jedno: im mocniejsza będzie nasza sieć przesyłowa i silnie powiązana z systemami sąsiednimi, tym mniejsze zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego.
Z Ministerstwa Gospodarki wyszedł ostatnio sygnał o rozmowach, na razie bardzo wstępnych, na temat budowy łącznika energetycznego pomiędzy Polską i Kaliningradem, działającego w dwie strony.
Nie znam szczegółów, dlatego trudno mi się odnieść do tego, moim zdaniem, dobrego sygnału.
Dziękuję za rozmowę.
