Najważniejsze

Piątek 18 maja

„Parkiet”: Akcjonariusze windykatorów mają powody do optymizmu

PGE Elektrownia Opole: Alstom nie odpuszcza!

DGP: 3 odwierty, gazu mnóstwo!

Odwrócony CO2 – żart czy odkrycie?

Ustawa o odnawialnych źródłach energii przyciągnie inwestorów

Możejki nie opłacają się i sprzedać ich niesposób

JSW: Zmiana prezesa?

Energetykon, 5 października 2011

Energetyka potrzebuje lepszego klimatu

 

Ze Sławomirem Krystkiem, dyrektorem Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska, rozmawia Jacek Świdziński

 

Panie dyrektorze, rozmawiamy w pierwszym dniu polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a wywiad ten ukaże się drukiem 14 sierpnia, w Dniu Energetyka. Co miłego Europa będzie miała do zakomunikowania polskim energetykom?

 

Obawiam się, że nie mamy nic optymistycznego do zakomunikowania. Uważam, a nie jest to tylko moje prywatne zdanie, lecz opinia wielu praktyków i wielu naukowców, że Unia Europejska obrała niewłaściwy kierunek działań ekologicznych, wymierzonych w pierwszej mierze właśnie w energetykę i ciepłownictwo. O ile zwalczanie emisji dwutlenku siarki należy uznać za celowe i korzystne dla naszego otoczenia, o tyle walka z dwutlenkiem węgla jest kierunkiem z gruntu błędnym.

Tak zwana polityka klimatyczna oznacza dla całej Unii Europejskiej strzał samobójczy, a – niestety – jako pierwsi skutki tego nieporozumienia zaczniemy odczuwać my, Polacy, bowiem nasza gospodarka paliwowo-energetyczna w ponad 90 proc. oparta została na węglu. A to węgiel w pierwszym rzędzie chcą wyrugować zwolennicy tak zwanej ochrony klimatu.

 

Jakie to skutki może przynieść?

Mówiąc w skrócie – przyniesie to ucieczkę najbardziej przemysłów energochłonnych, a zatem potrzebujących zużycia i emisji największej ilości CO2. To oznacza utratę zdolności konkurencyjnych i spadek liczby miejsc pracy, którego nie sposób będzie wyrównać przez wzrost liczby stanowisk w dziedzinach związanych z ekologią. Zauważmy, że Stany Zjednoczone i Chiny, dwie gospodarki największe w świecie oprócz Unii Europejskiej – nie walczą w tak restrykcyjny sposób z CO2, nie nakazują zamykać elektrowni czy elektrociepłowni, nie eliminują przemysłu cementowego, celulozowego, hutnictwa, ciężkiej chemii, przemysłu szklarskie itp. branż, które w Europie muszą upaść z powodu walki z emisją CO2.

 

Europa nie może zrewidować swojej, powiedzmy szczerze: absurdalnej i samobójczej polityki klimatycznej?

Al Gore, były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, współautor „manifestu klimatycznego”, obwiniającego dwutlenek węgla za efekt cieplarniany, co przyniosło mu Nagrodę Nobla, ostatnio był gotów… zwrócić ją. Uznał tezy przez siebie głoszone za nieprawdziwe. Winą za to obarczył nieuczciwych naukowców. I co z tego? Stany Zjednoczone nigdy nie ratyfikowały Protokołu z Kioto. Unia – tak. A mimo że kłamstwa na temat CO2 stały się powszechnie znane, Europa nie zmienia stanowiska. To jest niepokojące.

Dwutlenek węgla nazywany bywa gazem życia. Wokół niemal każdej polskiej elektrowni rosną bujne lasy, rozwijają się dzięki temu, że wokół jest zawsze „świeża dostawa” CO2. Tak więc ta walka jest niepotrzebna; tym bardziej, że człowiek wytwarza procenta ok. 1 proc. ogólnej puli CO2 i jego wpływ na ogólny bilans gazowy można uznać za nieistotny…

 

Unia się uparła i chce energetyki bezwęglowej. Co robić?

Nasze położenie jest dzisiaj niesłychanie trudne i delikatne. Z braku rozsądnej, uwzględniającej polskie interesy, a więc antypatriotycznej polityki w ostatnich latach „udało się” nam skonfliktować z Rosją, najbliższym źródłem paliw pierwotnych. My na tym konflikcie tracimy o wiele więcej niż Rosjanie. A przecież w takiej kwestii jak przebieg gazociągu na Bałtyku można się było z nimi dogadać, tak jak zrobili to Niemcy, a także Francuzi czy Holendrzy, nasi unijni partnerzy.

Teraz uwierzyliśmy w gaz łupkowy, choć już na ten temat zaczynają napływać niepokojące sygnały, że to sztucznie rozdęta sprawa, że wydobycie będzie o wiele mniejsze za to o wiele droższe, że ucierpi nas tym środowisko naturalne. Jednak gaz to dla nas jedyne realne wyjście z „pułapki klimatycznej”. Ja mam jednak w pamięci Karlino sprzed 30 lat, kiedy to drobna erupcja ropy pozwoliła wielu Polakom uwierzyć, że zostaniemy „drugim Kuwejtem”. Oby historia się nie powtórzyła.

Nie można jednak tak z dnia na dzień zamknąć energetyki węglowej i otworzyć kolejnego dnia elektrownie oparte na gazie, nawet jeśli jakimś cudem zyskalibyśmy dostęp do zwiększonych ilości lotnego paliwa. Przez ileś lat energetyka węglowa w Polsce będzie musiała działać. Podobnie jak w Niemczech, które ostatnio zupełnie niespodziewanie zrezygnowały z energetyki nuklearnej…

 

…a propos energii jądrowej. Czy ten rodzaj energii nie może w Polsce zastąpić siłowni węglowych?

Mógłby. Ale pytanie brzmi: kiedy? Podawane przez rząd terminy w rodzaju 2020 r. są nierealne, całkowicie nierealne. Trzeba mieć doświadczenie w budowaniu bloków energetycznych, a kto w Polsce je dzisiaj posiada? Przez 20 lat niczego nie zbudowano. Poza jednym blokiem w „Pątnowie” i jednym w „Łagiszy” oraz gazowych w „Zielonej Górze” i „Nowej Sarzynie”. A budowa bloku jądrowego, w dodatku pierwszego w Polsce, to wejście na szczyty, na których nikt u nas jeszcze nie był!

W dodatku nie robi się nic, żeby społeczeństwo przekonać do tego rodzaju energii. Ja jestem zwolennikiem energii jądrowej, ale czy całe społeczeństwo jest – wątpię. Media karmią nas opowieściami a to o Czarnobylu, a to o Fukushimie, jednak nikt nawet słowem nie bąknął, że elektrownie, które mają powstać w Polsce, to inna, znacznie bezpieczniejsza generacja. A teraz jeszcze napływają te wiadomości z Niemiec. Możemy oczekiwać, że Niemcy zaczną wywierać na nas nacisk, byśmy tak jak oni wyrzekli się tego rodzaju energii. Ale oni są zamożni, my – nie; oni kupią energię gdziekolwiek, a my…? Wprawdzie paliwa pierwotne możemy dzisiaj kupować na całym świecie, więc problemem są tylko pieniądze.

 

A biomasa?

Biomasa z pewnością stanowi interesujące w obecnych okolicznościach rozwiązanie, ale trzeba ją mieć. Lobby rolnicze w Polsce mocno naciska, by stosować biomasę w energetyce i ciepłownictwie, ale póki co to tego półproduktu do wytwarzania paliw trzeba coraz więcej… importować. Daleko nam w tej dziedzinie do samowystarczalności i nie przypuszczam, byśmy kiedykolwiek taką pozycję sobie wypracowali. Biomasa może być uzupełnieniem mieszanki paliw pierwotnych.

 

To rzeczywiście perspektywy przed polska energetyką przedstawiają się niewesoło. Dlaczego tak się dzieje?

A czy my mamy jakąkolwiek długofalową politykę energetyczną?! Bezkrytycznie uwierzyliśmy w rynek i jego moc regulacyjną, a energetyka wymagała, wymaga i zawsze będzie wymagać silnej obecności państwa. Wbrew temu, co opowiadają zwolennicy wszechwładzy rynku, energia elektryczna ze swej natury jest monopolistyczna. A tymczasem biurokraci zgromadzeni w Urzędzie Regulacji Energetyki czy Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumenta z maniackim uporem starają się wykreować jakiś krajowy rynek energii, ze zróżnicowanym cenami dystrybucyjnymi, nie chcąc zauważyć, że właśnie w tej chwili powstaje wielki, europejski rynek energii, na którym dominującą (o ile nie w ogóle jedyną) rolę odgrywać będą wielkie, ponadnarodowe, multienergetyczne koncerny w rodzaju RWE, EdF, GdF, E.ON czy Vattenfalla. A z czym my chcemy konkurować? Z naszą PGE, o wiele wątlejszą od choćby czeskiego CEZ-u?! Czesi stworzyli koncern dominujący u siebie, w Czechach, ale także obecny na Słowacji, na Węgrzech, w Rumunii oraz w Polsce. Na jakich rynkach zagranicznych obecne są polskie koncerny energetyczne? Na żadnych! Na własnym poletku ledwie dają sobie radę z obcą konkurencją…

 

Kolejny raz zapytam: dlaczego?

A dlaczego polska energetyka ma właściciela w Ministerstwie Skarbu Państwa, choć za bezpieczeństwo energetyczne kraju odpowiada resort gospodarki?! A dlaczego URE jest takie słabe, w ogóle nie tworzy żadnej polityki energetycznej, nie skłania do obniżki kosztów, a tylko bawi się w jakieś dziwnie zróżnicowane taryfy, przez co potem trwają procesy sądowe? A dlaczego w Polsce bodaj dwie elektrociepłownie dysponują akumulatorami ciepła, technologią w pewien sposób podobną do technologii elektrowni szczytowych, podczas gdy w Danii każda tamtejsza EC jest wyposażona w taki akumulator ciepła. Z braku takich rozwiązań nasze elektrociepłownie okazują się o wiele mniej efektywne energetycznie od zagranicznych, to przekłada się na zwiększoną emisję CO2, ta z kolei będzie skutkować wyższymi cenami ciepła i energii elektrycznej. Takie „dlaczego” można mnożyć, a przecież jeszcze nie wspomnieliśmy o brakach w dystrybucji energii elektrycznej i jej przesyle, o wiele za małej ilości interkonektorów, o wszechobecnej biurokracji paraliżującej i podrażającej inwestycje…

Posłużę się takim przykładem: w 2000 r. władze stanowe w Kalifornii, nieco wcześniej dotkniętej black-outem, spowodowanym wieloletnimi zaniedbaniami w tamtejszej elektroenergetyce, natychmiast spowodowały, że wydanie kompletu pozwoleń na budowę nowej elektrowni zostało skrócone do dwóch tygodni. W Polsce zdobycie kompletu podobnych dokumentów wymaga dwóch-trzech lat starań! I żaden rząd nie zatroszczył się, by ten proces przyspieszyć, by go skrócić do rozsądnego minimum. A potem chce się postawić w kilka lat elektrownie jądrową!!!

Jest jeszcze jedna, drobna z pozoru sprawa: doradcy. Namnożyło się ich, „pomagają” rządowi na każdym kroku, a sprawiają wrażenie, jak gdyby mgliste pojęcie o energetyce zdobyli w Internecie. Tacy doradcy, którzy nie mieli żadnego kontaktu z energetyczną praktyką, nie rokują dobrze dla branży.

 

Nowe moce nie powstają, a specjaliści wskazują, że wkrótce, na skutek konieczności zamknięcia starych siłowni, ograniczeń związanych z CO2 i innych emisji (NOx) zacznie nam brakować megawatów…

To bardzo realny scenariusz. Już niedługo możemy stać się istotnym importerem energii elektrycznej; z braku mocy i z braku paliw pierwotnych. Wiele osób liczy na oszczędzanie energii, na wyższą efektywność mocy wytwórczych. Rzeczywiście, w tych dziedzinach dokonuje się postęp, ale zapotrzebowanie na energię elektryczną rośnie jeszcze szybciej. I zagrożenie, że wciąż szybko rosnąca polska gospodarka, przemysł i gospodarka komunalna będą potrzebować więcej energii niż będą w stanie jej dostarczyć polskie elektrownie i elektrociepłownie, należy uznać za prawdopodobne. Bo 20 lat nic nie robienia nie da się nadrobić w rok czy dwa, a nawet trzy. Można zbudować nowe moce gazowe w ciągu czterech-pięciu lat, ale decyzje powinny być podjęte już dzisiaj. A tymczasem trwają rozważania, odbywają się różne konferencje, na których straszy się nas widmem totalnego black-outu już w 2015 r. i… nic praktycznie się nie robi.

 

Pojawia się nowa koncepcja – energetyki rozproszonej i tzw. prosumentów, czyli takiego modelu, w którym odbiorcy energii sami by produkowali tę energię na swoje potrzeby, oddając nadwyżki do sieci. Co Pan dyrektor o tym sądzi?

Nie wypada mi się wyrażać, więc powiem tylko tyle, że takimi pomysłami luki energetycznej nie da się wypełnić. Ja doskonale pamiętam czasy socjalizmu w Polsce i tego, co wówczas działo się w energetyce – panowała mania wielkości, miały być wiele elektrownie, a małe po cichu systematycznie likwidowano. Tak zginęły setki niewielkich elektrowni wodnych.

Dzisiaj grupka teoretyków chce rozpocząć proces odwrotny. Bez jakiegokolwiek sensu. W naszym kraju jest miejsca dla wielkich i dla małych mocy, nie ma potrzeby i powodu, by jedne wywyższać kosztem drugich. Wszystkie megawaty są nam potrzebne, a będą jeszcze bardziej. Tylko tymi procesami musi kierować państwo, samo z siebie tylko z pomocą „niewidzialnej ręki rynku” nic się nie stanie! A tego nie widzę.

Wiele mówi się o konieczności oszczędzania energii jako o drodze do wyrównania bilansu. Oczywiście, marnotrawstwo energii jest naganne, ale też trzeba zdać sobie jasno sprawę, że zapotrzebowania na moc będzie z roku na rok rosło, bo to jest naturalny proces dla rozwijającego się kraju i bogacącego się społeczeństwa. Przed nami staje alternatywa: albo stworzymy warunki, by wybudować nowe moce, albo będziemy importować energię elektryczną.

 

Czego zatem życzyć energetykom w przeddzień Ich Święta?

Zdrowia i szczęścia. Albo szczęścia i zdrowia, zależy, jak na to patrzeć. Musimy zacząć patrzeć na naszą energetykę w kontekście europejskim, więc życzę polskim firmom energetycznym, by odważniej penetrowały rynki zagraniczne i tam zdobywały pozycje biznesowe. A do tego potrzeba będzie pieniędzy. Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy – tego też życzę energetykom. I żeby nikt im nie przeszkadzał.


0 Komentarzy